THIS.

Ale dosłownie nie wiem czemu. Trudno.

Blog.pl zdecydował się zamknąć. Może nie ma za dużo do powiedzenia. Ja mam. Zawsze. Dlatego też i nie tylko dlatego, powstał plan. Przez zawirowania życiowe, realizowany dopiero teraz. No, nie zrealizowany, do zrealizowania od teraz. Zatem! Tadam! Fanfary!

www.prywatny-dom-wariatow.pl

Zacznie funkcjonować w sieci niebawem. Można zapamiętać adres. Nietrudny. I będzie więcej. Więcej wariatów.

Statystycznie.

Matka ma spektrum naiwności w zasobach psychiki. Dzisiaj na przykład sądziłam, nie, ja byłam pewna, że się wyśpię.

Tak luksusowo do siódmej rano. Informacja dla nie-rodziców: tak, spanie przy przedszkolno-szkolnym tandemie do siódmej rano luksus. Przy znacznie mniejszych dzieciach fakt zamknięcia oka innego niż mruganie to…. moment wyjątkowy. Wracając. Dzieci większe, to i Matka czasem śpi. A gówno śpi. Powiedzieć Wam jak to teraz wygląda? Ostatni miesiąc ekipa mieszka z dziadkami a Matka dojeżdża do nich na weekendy. Przyjeżdża taka Matka w piątek, piątunio, piątolągo do domu. Zazwyczaj w okolicach 20-21 i już ma plan ze jak tylko dzieci pójdą spać to i Matka zalegnie. Nadzieja pryska w okolicach 23, kiedy to Matka ma mózg nieczynny, a funkcje życiowe zachowuje z przyzwyczajenia i poczucia obowiązku wobec dzieci. Z przyczyn nie zawsze zależnych od Matki, zasypia koło pierwszej w nocy. Koło drugiej przytransportowują się dzieci. Jedno ze swoją kołdrą nawet. I nigdy razem, więc proces logistyczny też trochę trwa. Koło 3.30 przyszedł koteł i mamrotał przez pół godziny coś pod nosem Matce do ucha. Przecież sierściucha nie wywalę. W okolicach piątej pies zrobił zasłonę dymną puszczając smrodliwego bąka. Wtedy już Matka straciła tolerancję i soczyście przeklinając kazała psu iść w cholerę. Nie posłuchał. Matka też nie do końca pamięta czy to powiedziała na głos czy jednak pomyślała jedynie. Godzinę później pies postanowił, że będzie się co pięć minut przenosił w inne miejsce stukając pazurami po panelach. Tego było za dużo. Wywaliłam gada na podwórko, w zasadzie łaził w te i z powrotem bo pewnie mu się siku chciało, więc, jakby sukces osiągnął. I to była jedyne 15 minut, kiedy Matka spała. Syn nie próbował przeciągnąć ręki Matki na swoją stronę, Córka nie starała się w sposób transplantologiczny umieścić pięty w oku Matki, kot spał, pies był na podwórku. Zatem raj. Piętnaście pierdolonych minut to trwało!

Potem pies na zewnątrz zaczął gonić wyimaginowanych złodziei, sąsiadów czy innych tam. Niech sobie robi co chce, ale szczekać przy tym nie musi, a darł się okropnie! Wzięłam go do domu. Przed siódmą Syn ogłosił, że mam go natychmiast przytulać. Córka się obraziła i zaczęła prawie szlochać, pies zdecydował, że Matka za długo śpi i włożył mi zimny nos prosto w nagą stopę. Ja pierdole!  Pies ma doktorat z wybudzania Matki tym zimnym nosem. Dzieciom, fanatykom precli z Lidla, zasugerowałam, że owy wypiek jest na blacie w kuchni obok czajnika. Tego fragmentu o czajniku nie usłyszeli, bo już mieli precle w zębach. Telewizor włączyli przypadkiem, no ale łóżko miałam dla siebie. Tylko, że mój pies uważa, że skoro on wstał to i ja spać nie muszę. Piszczał, trącał Matkę nosem, próbował łapą przestawić kolejność kości w matkowej dłoni, a na koniec wtarabanił się do łóżka, sadzajac zad na Matce. Ok. Matka zrozumiała, że na spanie nie ma co liczyć. 

Kurwajegomać. Noc. Marzenia. Nadzieja na sen. I jest siódma rano. Witaj nowy dniu!
A skąd wiem, co o której godzinie, się zapytacie? Bo telefon Matki co godzinę zgłaszał magicznie upierdliwym sygnałem, że jeszcze mu zostało proporcjonalnie mniej baterii. Procentowo!
Procentowo to dzisiaj Matka zasmakuje w zasobach alkoholowych dziadka, następna noc będzie przespana! Mam nadzieję.

Klątwa.

Cały dzień chodzę i coś mnie uwiera w skarpetce. Mam tą samą przypadłość, co pewnie połowa ludzi noszących skarpetki, że szew zawsze znajduje się w niewłaściwym miejscu i wkurza. Ja tak mam, Córka tak ma. Dzisiaj miałam wrażenie, że też dopadła mnie klątwa szwu skarpetkowego. Nie wytrzymałam, ściągnęłam w pracy buty i skarpetki. I wiecie co znalazłam? Fragment kartonikowej mozaiki mojej Córki. Skąd do cholery się to wzięło w mojej skarpetce? Ktoś ma jakieś pomysły?

Szkolenie.

Jeden z tych poranków, gdzie już wiem, że dzieci nie śpią, ale jeszcze próbuję trochę udawać, że jednak śpię. Leżymy w łóżku. Nagle Syn wypala (czemu trudne tematy poruszane są tak bardzo rano???);
- Mamo, a skąd wiadomo, ze ten nasz nowy tato nas nie opuści? – temat powraca co jakiś czas.
- Nie wiem Synku, nie jesteśmy w stanie tego przewidzieć. Sądzę, że należy zaufać komuś nowemu, ale wybrać kogoś tak, żeby nas szanował. – nie okłamuje dzieci, ludzie są różni.
- Wiesz Mamuniu, a ja sądzę, że musi przejść jakiś trening, wtedy będzie wiedział jak ma się zachowywać. – na co rozespana Córka:
- Nie trening! My mu szkolenie zrobimy!!

Już to sobie wyobrażam. Moja dwójka robiąca szkolenie na tatę dla przyszłego_ojca. Chyba żaden tego szkolenia desantowego nie będzie w stanie wytrzymać…

Córci.

Tekst zaległy. Powinien się pojawić 3 października.

Dzisiaj chcę napisać do mojej Córki. Wiecie, że skończyła pięć lat? Wiecie jak to jest, kiedy ma się obraz słów, wypowiedzi, znacie ich kontekst, ale słowa nie wystarczą, żeby napisać? Tak jest teraz, bo jak napisać: kocham Cię, tak, żeby to kocham wyrażało wszystko, co się czuje?

Kochana Córeczko!

Dzisiaj kończysz pięć lat. Pięć cudownych, chodź trudnych lat. Twój uśmiech niezmiennie promienieje, teraz  jeszcze bardziej niż rok temu. Pół dekady jesteś na świecie, odkrywasz go w każdy dostępny Ci sposób, masz swój wyjątkowy charakter. Jesteś wyjątkowa, pomimo, że bardzo do mnie podobna.

W swoim podejściu do życia podejmujesz decyzję szybko, czasem nie przemyślisz tego, co mówisz, ale to czyni Cię najbardziej uroczą dziewczynką jaką znam.

Zaskarbiasz swoim sposobem bycia każdego, kto Cie spotka. Uwielbiasz rysować i malować, robisz to daleko wykraczając ponad swój wiek. Twoje rysunki mają wiele szczegółów, kolorów, oznacza to, że rozumiesz i dostrzegasz bardzo dużo.

Wiesz, że znasz literki i potrafisz pisać cyferki? Czytać jeszcze nie chcesz. Nie musisz. Najważniejsze, żebyś robiła to, co kochasz, lubisz i w czym czujesz się dobrze. Niezmiennie kochasz konie, uwielbiasz na nich jeździć i być blisko nich. Nie stać nas na razie na to, żebyś robiła to profesjonalnie, zobaczymy co przyniesie przyszłość. Jesteś nad podziw sprawna, kilka tygodni temu nauczyłaś się robić fikołki na drążku. Twoi rówieśnicy, a nawet starsze dziewczynki nie nadążają za Tobą.

Jesteś niesamowita, a moje życie dzięki Tobie nigdy nie jest nudne, bo Ty nie potrafisz się nudzić. Jesteś iskierką, która cały czas ma coś do powiedzenia, coś do zrobienia. Jesteś w ciągłym ruchu i uwielbiasz być w centrum uwagi. Zaczynasz lubić występy na scenie i o dziwo nawet spódniczka powoli przestaje Ci przeszkadzać.

Cudownie patrzy się na to jak się zmieniasz z dziecka w świadomą własnej wartości małą kobietkę. Jesteś tak bardzo podobna do mnie, że czasem mnie to zaskakuje. Wyglądasz jak mała ja, zachowujesz się dokładnie jak mała ja. Wiem, że nie ochronię Cię przed problemami i trudnościami, jednak proszę Cię, nie popełniaj błędów, które popełniłam ja. Mam nadzieję, że zawsze będziesz świadoma swoich zalet i nie pozwolisz na to, żeby ktoś wmówił Ci, że nie masz żadnej wartości, że nie nadajesz się do niczego. Jesteś Cudem. Moim małym cudem.

Nie ukrywaj nigdy problemów i jeśli jakieś masz, obiecaj, że porozmawiasz ze mną, pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć, obiecuję Ci, że odpowiem na każde, nawet najtrudniejsze pytanie.

Mam nadzieję, że nawet jak dorośniesz, będziesz zbuntowaną nastolatką, potem młodą kobietą i kiedyś matką, pozwolisz mi być częścią Twojego świata.

Kocham Cię, nawet nie masz świadomości jak bardzo.

Mama

New.

Pierwszy od wielu tygodni wpis. Nie miałam sił. Dużo się działo.
W skrócie: wkrótce nowa odsłona bloga.
Córka skończyła pięć lat. Syn ma szczerby w uzębieniu na trzy sztuki. Matka ma portfel pusty jak kufer świętego Mikołaja po rozdaniu prezentów.
Dzieci są na wsi. Matka w mieście. Znów daleko, znów ciężko. Dam radę? Głupie pytanie! No pewnie, że dam.

Wszystko jest nie tak jak powinno na blogu. To się zmieni, bo moje życie się zmienia. Jest inne, nie lepsze, jest dorosłe, odpowiedzialne, takie jakie powinno być. Może nie do końca, ale są podwaliny tego, co być powinno już bardzo dawno temu. Nie będę już pisać, że to przez MJNM, bo to wiadomo, ale teraz wiem, że dzięki mojej walce udało się w małym stopniu stanąć na nogi. Prawie własne. Napiszę kiedyś wszystkim podziękowania, że byli, że mogłam na nich liczyć, napiszę każdemu z osobna, uścisnę rękę i powiem, że ta cenna lekcja, która od życia dostałam, skończyła się dzięki nim.

Najpierw podziękuję swoim rodzicom i dzieciom, potem… potem będzie później.

Skarga.

Staram się rozmawiać z dziećmi codziennie. Jednak czasem, chociaż rzadko nie dam rady zadzwonić. Rozmowy z Synem polegają na tym, że ja pytam, a on odpowiada twierdząco lub przecząco. Bywa, że wyrwie mu się pełne zdanie, z czego Matka jest niezmiernie dumna. Z Córką jest inaczej, ona może klepać cały czas, o wszystkim. Uwielbiam jej słuchać.  Chociaż dwa dni temu dostałam od niej przez telefon reprymendę!

- Zrób coś z tym Twoim Synem! On krzyczy na mnie, potem ja muszę na niego i teraz mnie gardło boli!

No. Matka jest dwaipółtysiaca kilometrów od domu. Se może. …

Wytłumaczenie.

Teraz będzie coraz mniej pisania. Przepraszam. Jakoś naiwnie sądzę, że nie mówienie o problemie sprawi, że owe trudności znikną. A może powinny zniknąć. Do tej pory pojawiały się tutaj, a jednak, znów nie umiem się przemóc, żeby wszystkie swoje słowa zapamiętać. Do tej pory blog był związany z życiem dzieci, z ich problemami i z problemami z nimi. Teraz ich nie ma. Nie ma mnie z nimi. Problemy są dalej, ale na odległość nie umiem ich rozwiązywać. Przez telefon cieszę się każdym ich słowem, bo rozmawiać nie bardzo lubią lub muszą mieć nastrój, więc każde, nawet zaskakujące „No wiesz…” Córki, czy „Oj mamuniu” Syna jest czymś szczególnym, co chciałabym zachować dla siebie. Bo tak niewiele tego mam, że zalepiam ogromną dziurę tęsknoty, małymi kawałkami materiału z chwil spędzonymi z nimi, telefonicznych chwil.

Jestem matką, nawet nie wiedziałam jak bardzo.

Syn.

Wyobrażacie sobie, że mój mały kochany Syneczek skończył właśnie sześć lat? Poważny facet z niego! Tradycyjny prezent ode mnie. List. Kiedyś powinien go tu przeczytać. Będzie starszy, jeszcze bardziej cudowny, może zbuntowany, może już szanujący starą Matkę. Czas pokaże i nauczy nas wszystkiego.

Kochany Synku!

Przepraszam Cię, że nie ma mnie przy Tobie w tak ważnym dla Ciebie dniu. Mam nadzieję, że mimo wszystko był to dla Ciebie wspaniały czas. Byli przy Tobie dziadkowie i siostra. Wiem, że prezenty nie wynagrodzą Ci straconego przez nas czasu, ale obiecuję Ci, że zrobię wszystko, żeby to się nigdy nie powtórzyło. Dalej nie wiesz o istnieniu tego bloga, o tym, że co roku piszę do Ciebie chociaż parę słów. Zapewne pokażę Ci to dopiero jak będziesz nastolatkiem, jak będziesz się buntował, twierdził, że Cię nie kocham i cały świat będzie dla Ciebie trudny do zrozumienia. Kocham Cię całym moim sercem, ale wierz mi, że nie pozwolę Ci na to, żebyś zniszczył swoje życie nie konfrontując się z problemami. Ucieczka nic nie zmienia, problemy podążają za nami. Nauczyłeś się walczyć o wszystko co chcesz, więc nigdy nie odpuszczaj, nie pozwalaj na to, żeby ktokolwiek Cię skrzywdził, nie poddawaj się tylko dlatego, że uważasz, że ktoś jest silniejszy. Jestem z Ciebie dumna, masz sześć lat i potrafisz czytać i liczyć lepiej niż ja w Twoim wieku. Jesteś małym inżynierem, Twoje budowle i projekty są naprawdę imponujące. Masz ogromną wyobraźnię przestrzenną i umiesz cudownie kreować swój świat. Nie mogę wyjść z podziwu, jak bardzo urosłeś, dojrzałeś i stałeś się małym mężczyzną. Jak dużo zmieniło się w ciągu roku.

Nie ma mnie teraz przy Tobie. Staram się zrobić wszystko, żeby móc zapewnić lepszą przyszłość Tobie i Twojej siostrze. Niestety wiesz, że nie mamy zbyt wiele pieniędzy, mam cichą nadzieję, że to się w ciągu następnego pół roku poprawi. Jesteś mądrym i rezolutnym dzieckiem, rozumiesz więcej niż Twoi rówieśnicy. Bardzo mi przykro, że te parę miesięcy zostało nam zabrane, ale nie miałam już innego wyjścia.

Czas szybko mija, tak niedawno byłeś malutkim szkrabem, który nie umiał nawet mówić, a teraz wyrastasz na cudownego człowieka. Jestem Syneczku najdumnejszą mamą, bo mam tak wspaniałego Syna.

Kocham Cię,

Mama

 

Trzyitrzy.

Coś we mnie pękło. Nie wiem czy to grypa spowodowała, silny antybiotyk czy zmęczenie. Miałam ochotę powiedzieć, że mam to wszystko w dupie i chcę wracać do domu, do dzieci i do normalności. Tyle, że ta moja normalność jest zwyczajna tylko dla mnie. Reszta społeczeństwa uznałaby, że jest źle. I mieliby rację. Nie mam możliwości wrócić dopóki nie spłacę zobowiązań. To podstawa.

Wczoraj miałam urodziny. Miałam ochotę być sama. Tak po prostu sama ze sobą. Iść na spacer, bo miałam dzień wolny, pooddychać normalnym spokojem nad morzem, zwłaszcza, że przed południem była ładna pogoda. Nic z tego nie wyszło. Nie mogło. Pół dnia przespałam zmęczona katarem i kaszlem. Nie tak wyobrażałam sobie urodziny. Cóż, zawsze traktowałam ten dzień jako zwykłe dwadzieścia cztery godziny i gdyby nie choroba to byłoby właśnie tak. Zwyczajnie. Ale wiecie co, to jednak nie był zwyczajny dzień. Wieczorem wszystko się zmieniło. Miałam małe przyjęcie urodzinowe. Takie z ciastem, z winem, z ludźmi. I było cudownie. Naprawdę. Przyszły dziewczyny, z którymi poznałam się przy podpisywaniu umowy i staramy się trzymać razem, bo w grupie raźniej i samotność tak strasznie nie dokucza. Mnóstwo ludzi złożyło mi życzenia na twarzowym portalu, pewnie on sam im o tym przypomniał, nie ważne, ja też nie pamiętam o połowie jakichkolwiek dat. Były telefony, smsy, moje dzieci przez telefon zaśpiewały mi sto lat, było naprawdę fajnie. M. zadzwonił i nie omieszkał zaznaczyć, że praca za barem nie wymaga specjalnej znajomości języka angielskiego. Ma rację, on zna język bardzo dobrze, niech sądzi, że takimi słowami nikogo nie rani, mnie to już nie rusza, przyzwyczaiłam się do tego, że jego aspołeczne zachowanie jest przejawem niedostosowania i braku zrozumienia drugiego człowieka, wszak, zgodnie z panującymi normami, często ludzie bardzo inteligentni są trudni i aspołeczni. Ten przypadek to potwierdza. Jednak z tego wszystkiego najbardziej przykro było mi przez relacje z P. A właściwie to co z niej zostało. Nie ma nic. Suche dwa słowa i nic więcej. Chciałam żeby był, żebym mogła się do niego przytulić, chwilę poczuć bezpieczna. Liczyłam to, a jednak nic się nie wydarzyło i nic więcej się nie wydarzy. Zadałam mu jedno pytanie, jakiś czas temu i rozpętała się o to burza. Proste pytanie, które mógł skwitować dwoma wyrazami „po nic” i też byłoby ok. A jego zachowanie pokazało mi, jak bardzo nasza relacja jest dla niego niewygodna i niepotrzebna. Ja go potrzebuję jako człowieka, faceta, ale nie na stałe, tak jak do tej pory, na te chwile, a on lubi być sam. Woli być sam. Rozumiem, cieszę się, że umie być szczery, chociaż pomimo naszej umowy dotyczącej naszej relacji ciągle coś podejrzewa. Nie umiem tak. Są dla mnie ważne dni lub trudne i wtedy właśnie potrzebuję, żeby ktoś przy mnie był, chociażby po tej drugiej stronie słuchawki. Niezobowiązująco, po prostu był. A jego wczoraj nie było. W żaden sposób. Kolejny krok na przód. Kolejna nauka, kolejne wnioski. Zawsze mówię, że spotykamy w naszym życiu kogoś, bo ma nas czegoś nauczyć. Każdy dzień tutaj uczy mnie czegoś nowego. Coraz bardziej poznaję siebie i ludzi, który do tej pory mnie otaczali i który weszli w moją rzeczywistość.

Za wszystkie miłe słowa, ciepłe gesty, za pamięć i życzenia dziękuję wszystkim. Mieć świadomość tego, jak dla wielu ludzi jestem kimś istotnym w ich życiu uczy mnie doceniać samą siebie i życie.